AKT I
Na niebie świecił księżyc. Pełnia oświetlała delikatnie okolicę. Selwyn leżał na trawie, a w swoich ramionach obejmował śpiącą Sarę. Było już bardzo późno, niedługo powinno świtać, lecz chłopak nie zważał na godzinę. Wiedział, że koniec wakacji oznaczał ich długą rozłąkę i chciał jak najlepiej wykorzystać ten czas. Nieoczekiwanie, niewinne spotkanie przed domem Templerów przerodziło się w coś głębszego. Niestety ojciec Selwyna nie zgodziłby się na ich spotkania. Nie zgodził? Wpadł by w furię. Nienawidził mugoli, a Sara była dla niego tylko nic nie znaczącym mugolem. Para więc wymykała się z domów pod osłoną nocy i spędzała ten czas razem. Nie było dnia, w którym by się nie spotkali.
Tego dnia było jednak inaczej. Selwyn obrócił głowę i spojrzał na swojego leżącego obok przyjaciela, Malcolma, który przyjechał w odwiedziny. Pan Templer wprost go uwielbiał. Chłopak w porównaniu z Selwynem nie był zbyt urodziwy, ale często rozmawiał z panem domu o niesprawiedliwości w świecie czarodziejów. Na szczęście, gdy zobaczył Sarę od razu przypadła mu do gustu. Selwyn cieszył się, że jego przyjaciel raduje się jego szczęściem i że w końcu może przed kimś przyznać się do swoich uczuć. Noc dzisiaj była niesamowicie spokojna. W oddali słychać było tylko cykające świerszcze i plusk wody z fontanny nieopodal. Malcom zachrapał i przewrócił się na drugi bok, a Selwyn poczuł, że świat stoi przed nim otworem. Nic więcej nie potrzebował do szczęścia.
Nagle ciszę zagłuszyło głuche pyknięcie oznaczające teleportację. Chłopak usiadł gwałtownie i rozejrzał się. To co zobaczył zmroziło mu krew w żyłach. Przed nim stał jego ojciec w zielonej koszuli. Rękawy miał podciągnięte, a na jego ręku widniał mroczny znak. Zaciskał mocno pięść na różdżce, a na twarzy malował się wyraz obrzydzenia. Poruszenie obudziło śpiącą Sarę oraz Malcolma. Ojciec Selwyna zaczął iść w jego kierunku. Chłopak szybko wstał na równe nogi i wyciągnął różdżkę osłaniając dziewczynę. Mężczyzna przystanął. To co zobaczył jeszcze bardziej go rozsierdziło.
–– Jak. Mogłeś. To. Zrobić. –– wycedził przez zęby –– Jak możesz zadawać się z parszywym mugolem! - wrzasnął tak, że wszystkim włosy stanęły dęba.
–– Ojcze, proszę cię... –– zaczął Selwyn, ale od razu pożałował swoich słów. Ojciec przybliżył się i jednym machnięciem dłoni wyrwał mu różdżkę z ręki. Błysnęło światło i jego syn leżał parę metrów dalej szarpiąc się z oplatającymi go linami. Ojciec podszedł do drżącej ze strachu dziewczyny. Spojrzał na nią swoimi pustymi oczami pełnymi nienawiści
–– Crucio –– wycedził zaklęcie i dziewczyna zaczęła wić się z bólu. Selwyn zaczął krzyczeć, ale liny zaczęły oplatać jego usta. Zamknął oczy i modlił się, żeby ojciec przestał. Malcolm zaś stał z boku i nie ruszał się. –– Patrz co teraz zrobię! –– wrzasnął ojciec i wycelował różdżką w syna. Zaklęcie Cruciatus przestało działać, ale blada dziewczyna nie ruszała się. Niebieskie oczy miała pełne łez –– Imperius! –– powiedział ojciec w kierunku Selwyna. Ten otworzył oczy i zaczął patrzyć na dziewczynę. Zobaczył jej oczy pełne łez. Nie mógł tego znieść, a jednak musiał na to patrzeć. Ojciec ponownie użył zaklęcia Cruciatus na Sarze, a ta zaczęła przeraźliwie krzyczeć.
–– Pożałujesz tego, że się urodziłaś –– powiedział z nienawiścią ojciec. Już miał rzucić kolejne zaklęcie, lecz przeszkodził mu Malcolm. Chłopak ruszył w kierunku mężczyzny, położył mu dłoń na ramieniu i powiedział coś na ucho. Mężczyzna warknął i spojrzał jeszcze raz z nienawiścią na Selwyna –– Wynoś się stąd. Nie chcę cię więcej widzieć!
Po chwili już go nie było. Zniknęły liny. Selwyn wstał szybko i podbiegł do Sary, lecz to co zobaczył ścisnęło mu serce. Patrzyła na niego z... obrzydzeniem. Szybko odsunęła się, wstała i pobiegła w stronę swojego domu. Chłopak zasłonił twarz w dłoniach. Na ramieniu poczuł uścisk przyjaciela.
–– Chodź –– powiedział Malcolm –– Spadajmy stąd.