Dennis Blanche


                Ten dzień, pod względem pogody, był jednym z piękniejszych. Choć pukanie zimy w okno kojarzyło się zazwyczaj z mrozem i ciemnością, to równocześnie właśnie ta pora roku potrafiła stworzyć magiczny klimat bez udziału magii. Z zaczarowanego sufitu sypał się krystaliczny puch, przypominając okruszki złota mieniące się w promieniach słońca. Do tego wysoka, ozdobiona przez Filiusa Flitwicka choinka patrzyła z góry na uczniów i dumnie tworzyła świąteczny klimat, nie chcąc, by jakiekolwiek dziecko czuło się źle z tym, że nie wróciło do domu. Jednym z takich dzieci był Dennis.
                Srebrnowłosy chłopak złapał za kopertę, którą chwilę wcześniej dostarczyła mu sowa ojca, po czym ją otworzył. Nie musiał dbać o dyskretność. W sali i tak było tak mało osób, że wszyscy zmieściliby się przy stole nauczycielskim. Jakaś dwójka Krukonów z drugiego roku grała w szachy czarodziejów, inni rozmawiali o egzaminach końcoworocznych, a pewien Gryfon i Ślizgonka flirtowali ze sobą. Dzień, jak co dzień.
                Dennis otworzył kopertę.          

                Cześć, Dennis!

                Mam nadzieję, że dobrze spędzasz te święta! Przepraszam, że nie mogłem Cię zabrać do domu.
                Piszę do Ciebie w ważnej sprawie. Wiesz, że między mną a mamą nie było ostatnio najlepiej. Doszliśmy do wniosku, że najlepszą opcją będzie rozwód. Chciałem Ci to powiedzieć osobiście, ale nie chcę tego przed Tobą ukrywać, a nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy.
                Przepraszam Cię.

Twój Tata,
Silliam Blanche

                Następne, co z tego wydarzenia zapamiętał Dennis, to płonące skrawki listu zamieniające się w proch w miarę jak opadały na stół Hufflepuffu.

***

                Dennis, po wejściu do pokoju, odetchnął głęboko. Popatrzył po pomieszczeniu. Dopiero teraz sobie uświadomił, jak bardzo tęsknił za domem, mimo że nie chciał do niego wracać. Zamknął za sobą drzwi, zapalił lampkę nocną i usiadł na łóżku, które mieściło się pod dużym oknem.
                Ściany pokoju były pomalowane na kolor szarobłękitny. Meble były białe, tak samo jak pościel łoża. Na komodzie stało kilka zdjęć. Jedno przedstawiało czasy, gdy był kilkuletnim dzieckiem ubranym w szatę dorosłego czarodzieja. Wyglądał przezabawnie. Sam wtedy również miał ubaw. Kolejne przedstawiało go jako około trzyletnie dziecko unoszone przez matkę wśród jesiennego krajobrazu. Kobieta ta miała nienaturalnie jasne włosy oraz skórę. Wyglądała jak porcelanowa postać. Na ostatnim zdjęciu był siedmioletni Dennis siedzący na kanapie z mamą, tatą oraz białą kotką na kolanach, której dwukolorowe oczy jakimś cudem spoczęły na obiektywie.
                - Nie żyje kolejna osoba? – dotarł do Dennisa stłumiony przez drzwi głos kobiety. – Już dawno powinieneś go stamtąd zabrać. – Rozległ się dźwięk obijających się o siebie naczyń.
                - Oj, przestań już na mnie to zwalać, dobrze? – odpowiedział głos mężczyzny zabarwiony irytacją. – Dobrze wiesz, że ta szkoła to jest dobra szansa dla Dennisa.
                - No tak! – odkrzyknęła kobieta. Na te słowa chłopak kryjący się w pokoju zacisnął oczy. – Bo twoja praca jest ważniejsza!
                - Przestań, dobrze!?
                Dennis, nie mogąc tego dłużej wytrzymać, schował głowę pod poduszkę i docisnął ją do uszu. To, samo w sobie, nie zniwelowało całkowicie ilości słów docierających do uszu chłopaka. Dlatego zaczął do siebie mamrotać, nucić, płakać. Już wtedy było dobrze…

***

                Srebrnowłosy chłopak wrócił po przerwie świątecznej do mugolskiej szkoły. Szedł korytarzami, trzymając plecak za uchwyty. Obrazy z tego miejsca zawisły na ścianie jego pamięci jeszcze zanim dotarł do niego list z Hogwartu. Spędził tutaj swoje pierwsze lata mugolskiej nauki i… nie wspomina ich najlepiej.
                - Dennis?
                Puchon… albo raczej były Puchon odwrócił się w stronę głosu. Dostrzegł wtedy śniadą dziewczynę o brązowych włosach i ciemnych oczach. Jej trzynastoletnie ciało było przeciętne. Nie za grube, nie za chude.
                - Co ty tu robisz? – zapytała, podchodząc do chłopaka i dołączając do marszu z nim.
                Chłopak uśmiechnął się nieśmiało. Po tylu latach niespędzania ze sobą czasu zdawało mu się, jakby jego dawna przyjaciółka, Clover, stała się prawie kimś obcym.
                - Wróciłem tutaj – odpowiedział, patrząc na twarz dziewczyny.
                - Dlaczego wróciłeś z Paryża? – dopytywała ciekawska Clover. Zaczęła nawet coś opowiadać, jak bardzo mu zazdrościła tej przeprowadzki do kraju miłości, kiedy Dennis usłyszał znajomy śmiech dwójki chłopaków, stojących przed nim.
                Młody czarodziej spojrzał przed siebie i wtedy dostrzegł dwójkę tęgich osób, jedna znacząco starsza od drugiej. Pokrewieństwo na ich twarzach było tak dobrze wyryte, że nawet ślepiec mógł rozpoznać w nich rodzeństwo. Niestety dla nich, to nie była jedyna cecha, którą można było odczytać na pierwszy rzut oka. Ubite ciała tej pary chłopaków jasno wskazywały na talent do dyscyplin sportowych oraz jego brak w dyscyplinach naukowych. Chociaż… to jednak było coś, co Dennis wydedukował te kilka lat wcześniej. Do dzisiaj pamiętał ich imiona – Jordan, ten niższy i młodszy, oraz Brock, ten wyższy i starszy, rodzeństwo Harrington.
                Jordan pchnął Dennisa w ramię i zaśmiał się w sposób tępy. Srebrnowłosy złapał się za dotknięte miejsce, żeby poprawić uchwyt plecaka.
                - Hej! Laleczka! Po co wróciłeś? – zapytał Jordan.
                Clover stała i nic nie mówiła. Bała się, co widać było po jej odwróconym wzroku. Chyba się modliła, żeby sobie poszli. Dennis to zauważył.
                Przypomniało mu to o dawnych czasach, kiedy jeszcze chodził do tej szkoły, nie mając wcześniejszego kontaktu z Hogwartem. Każdy dzień był naznaczony nachalną obecnością Jordana i Brocka. Nawet kiedy nie było ich w szkole, co było zazwyczaj wynikiem wagarowania, Dennis ciągle czuł ich obecność i szukał ich za każdym rogiem, żeby zawsze być przygotowanym na cios.
                Dlaczego się tak na niego uwzięli? Powód był prosty. Zresztą, dobrze znany niejednemu czarodziejowi. Dennis zaliczał się do kategorii „dziwadeł”. Kilka razy zdarzyło się coś dziwnego w jego obecności. Raz, gdy Jordan i Brock chcieli spuścić głowę chłopaka w toalecie, woda z muszli wybuchła im prosto w twarz, co tylko pogorszyło sytuację. Jednak młody Blanche był uważany za dziwadło, wyrzutka, nie tylko z powodu tych wypadków, kiedy magia ukryta w nim postanowiła się odezwać.
                Dennis dzierżył bardzo rzadki i potężny dar wróżbiarstwa. Z początku interpretował to jako deja vu. Zdarzyło mu się kilka razy przewidzieć zadania ze sprawdzianów, którymi się niemiłosiernie stresował, albo kilka sekund wcześniej zobaczyć, jak Jordan kieruje w stronę twarzy Dennisa swoją pięść. To był dodatkowy powód prześladowań, chociaż osoby bojące się przyszłego Puchona traktowały te dwa jako jeden. W końcu nie tylko okrutne rodzeństwo było świadkami tych niecodziennych wydarzeń. Raz, na Halloween, na szkolnej imprezie, Dennis bawił się w przepowiadanie przyszłości. Kilka tygodni później jedna dziewczyna chciała mu zapłacić Pringlesami, żeby tylko jeszcze raz przepowiedział jej przyszłość. Na szczęście nikt z dorosłych nie wierzył w te historie.
                Był również trzeci powód…
                - Weź z tym coś zrób, pedale! – Brock złapał Dennisa za głowę i pchnął ją. Przy okazji szarpnął go za włosy.
                Dennis syknął i odzyskał równowagę. Gdy się rozejrzał, Jordan i jego starszy brat już przed nim nie stali. Szli korytarzem, śmiejąc się wniebogłosy. Nawet przybili sobie piątkę.
                - Nic ci nie jest? – Clover położyła mu rękę na ramieniu.
                Chłopak patrzył, jak odchodzą. Nie widział dookoła żadnego nauczyciela. Świadkami była tylko jakaś grupka pierwszaków, która udawała, że nic nie widziała, i Clover…
                „Gdyby tylko tu była Katie…”

***

                Dennis siedział na trybunach i patrzył, jak tafla wody jest zakłócana przez dzieciaki wskakujące głowami w dół, ze słupków, wprost na wyznaczone tory. Chłopak zajmował najniższe miejsca, najbliżej zbiorników wodnych, obserwując jak jego klasa ćwiczy styl klasyczny. Dennis kochał pływanie. Sam osiągnął w tej dziedzinie całkiem dużo, zostając m.in. młodszym ratownikiem. Mimo to tamtego dnia postanowił zrezygnować z zajęć…
                Kilka rzędów za nim, gdzieś z boku, siedziała Clover i czytała książkę. Spojrzał na moment w jej stronę. Ich oczy zajrzały w siebie nawzajem, ale zaraz każdy odwrócił głowę. Gdy miesiąc wcześniej Dennis przyjechał do tej szkoły, pierwsze chwile wskazywały na to, że między tą dwójką odżyje dziecięca przyjaźń. Niestety, po pierwszym dniu, kiedy spotkali rodzeństwo Harrington, srebrnowłosy czarodziej już wiedział, że nic z tego nie będzie. Jego standardy co do przyjaciół zostały ustalone w Hogwarcie. A Clover ich nie spełniała.
                Dennis kilka razy odtwarzał tamtą scenę w swojej wyobraźni. Zresztą nie tylko tamtą. Cały ostatni miesiąc był dla niego koszmarem. Nie raz wyobrażał sobie, co by zrobił, gdyby mógł skorzystać z różdżki trzymanej teraz w specjalnie przeznaczonym na nią pudełku, w szufladzie, obok pudełka z czekoladowymi różdżkami. Albo co by zrobiła Katherine Wood, gdyby była na miejscu Clover!
                Dennis zaśmiał się, widząc oczyma wyobraźni Jordana i Brocka uciekających przed furią rudowłosej Gryfonki. Zaraz po tym jego spojrzenie spoczęło na jednym koledze, który właśnie wchodził na słupek. Nawet nie zauważył, że jego oczy patrzyły w tamtym kierunku o chwilę za długo. I, niestety, nawet nie zauważył, że ktoś go wtedy obserwował…

                - Ej, pedale! – rozległ się głos za jego plecami, gdy wychodził ze szkoły i zmierzał w kierunku przystanku autobusowego. – Mówię do ciebie!
                Dennis od razu rozpoznał zduszoną barwę głosu Jordana. Jednak jego serce bardziej przyspieszyło, gdy usłyszał tupot jeszcze jednej pary stóp.
                - E, mówi coś do ciebie! – warknął na chłopaka Brock, łapiąc go za ramię i obracając.
                - Czego chcecie?! – zapytał Dennis, patrząc na nich. Oboje stali z rękoma splecionymi na klatkach piersiowych i wyglądali na wielce rozbawionych.
                W okolicy nikt się nie kręcił. Nic dziwnego. Rodzeństwo Harrington dopadło przyszłego Puchona wtedy, kiedy ten akurat przechodził alejką między budynkami. Czasami zdarzały się u nich przebłyski inteligencji.
                - Spadaj stąd do tej swojej Francji, pedale! – Pchnął go Jordan, przez co Dennis prawie się przewrócił. – Uuu, podobają ci się chłopaczki?
                - Dajcie mi wreszcie spokój! – krzyknął młody Blanche, któremu zbierało się na płacz.
                Chłopak już nie dawał sobie rady. Był zdruzgotany wewnętrznie. Stał się ofiarą nękania, a jakby tego było mało, w jego domu, który miał być miejscem bezpiecznym, toczyła się wojna o to, kto weźmie ze sobą Dennisa. Od strony dziecka wyglądało to bardziej tak, jakby dwójka dzieciaków rozrywała na strzępy zabawkę, bo każde chce mieć ją dla siebie i każdy okruszek jest na wagę złota. Dennis był już rozpruty na tyle, że na zawsze zostaną mu blizny z tych wydarzeń, kiedy był świadkiem sporów między rodzicami.
                Srebrnowłosy słyszał śmiech rodzeństwa i po chwili poczuł jeszcze jedno pchnięcie. Tym razem poleciał na ziemię, co tylko wzmocniło rozbawienie u dręczycieli. Jakaś kobieta przeszła i zobaczyła tę scenę, jednak w żaden sposób nie zareagowała.
                W Dennisie wszystko się kotłowało. Powoli wstał, zapłakany i ubrudzony od zalegającego na ziemi śniegu zmieszanego z błotem. Choć dookoła było tak zimno, on czuł jedynie złość i ból zdartych dłoni. Wtedy odczuł na swojej pięści silny nacisk.
                W jednej chwili śmiech rodzeństwa Harrington urwał się. Jordan stał z dłonią położoną na krwawiącym nosie. Dennis wydawał się być równie zdziwiony, co ta dwójka chłopaków. Blanche chciał uciekać, i nawet się odwrócił, ale wtedy został pociągnięty za rękę. Brock złapał go i rzucił nim w ścianę budynku. Dennis zarył twarzą o zimne cegły i poczuł, jak coś pęka w jego nosie. W tle słyszał płacz Jordana i hałas wywoływany przez pięści Brocka. Puchon leżał na ziemi, okładany pięściami. Raz dostał w brzuch, przez co zgiął się wpół, prawie przez to siadając, ale zaraz został złapany za głowę i ponownie poczuł zbliżenie z ziemią. Jego potylica uderzyła o beton. Teraz czuł jeszcze, jak ktoś go dodatkowo kopie po żebrach. Przez łzy widział niewyraźny kształt siedzącego nad nim Brocka. Ostatnie, co dostrzegł, to jak starszy z Harringtonów sięga po jego głowę, podnosi ją i zaraz z całej siły i z impetem sprowadza ją w dół…

***

                Dennis obudził się w szpitalu. Czuł, jak całe jego ciało spoczywa w objęciach bólu. Zdawało mu się, że dopiero teraz zaczyna go odczuwać. Nie pamiętał jednak, skąd on się wziął… Ach… Tak… Przypomniał sobie. Jego oczy zaraz znowu zaczęły zachodzić łzami. Adrenalina w tamtym momencie zagłuszała fizyczne cierpienie. Teraz w pełni odczuwał efekty tego, co się stało…
                Spojrzał w dół. Leżał pod białą kołdrą na łóżku szpitalnym. Był podpięty do jakiejś aparatury. Czuł, że coś mu uciska głowę. Jego dłonie piekły, a nos zdawał się pulsować. Do tego jego prawe oko było przymknięte, choć to nie on je przymykał.
                Dennis spróbował się podnieść, ale wtedy przeszył go ból z lewej strony brzucha, jakby jakieś niewidzialne, wredne stworzenie wbiło w niego swe ostrze. Gdy z powrotem spoczął na poduszce, do pokoju weszła jego mama oraz pielęgniarka. Kobieta pracująca w szpitalu od razu wyszła z pomieszczenia i pognała po lekarza. Natomiast matka Dennisa podbiegła do łóżka i, ze łzami w oczach, pogładziła syna po policzku.
                - Mamo… - wyszeptał Puchon, patrząc na kobietę tak mętnie, jakby nadal był w stanie snu.

***

                Kilka tygodni później Dennis był już w domu. Tak właściwie to został wypuszczony po kilku dniach. Przez ten czas nie chodził do szkoły. Teraz siedział w swoim pokoju, na łóżku, i patrzył przez okno na sypiący śnieg. Topiące się płatki ślizgały się po szkle, ścigając się ze łzami spływającymi po szczupłych policzkach chłopaka.
                Tamtego dnia Dennisa znalazła nauczycielka wracająca z pracy. Zadzwoniła po pogotowie. Jordana i Brocka już nie było. Na miejscu zjawiła się również policja. Dzięki monitoringowi udało im się dojść do tego, kto był za to wszystko odpowiedzialny. Przesłuchali rodzinę Harrington. Brock z początku nie przyznawał się do pobicia. Uległ dopiero po czasie, mając nadzieję, że dzięki temu Jordan nie zostanie ukarany. Z powodu tej sytuacji trafił do zakładu poprawczego.
                Dennis rękawem białego swetra przetarł łzy i spojrzał w głąb pokoju, na biurko, gdzie stała puszka z przyborami szkolnymi. Podszedł do niej. Próbował się uspokoić. Wziął głęboki oddech, wyciągnął rękę i zaraz w uścisku jego dłoni znalazły się nożyczki. Przez moment stał nieruchomo, patrząc na nie. Zaraz jakby na nowo odzyskał możliwość ruchu, bo szybkim ruchem skierował je w stronę głowy.
                Z każdą chwilą na chłodne deski jego pokoju upadały kolejne strzępy srebrnych włosów…

***

                Był już marzec. Dennis w tym momencie był nie do poznania. Clover już nie była do niego tylko zdystansowana przez mury, które zostały wzniesione przez samego chłopaka. Ona się go BAŁA. Dennis, w przeciągu tych kilku miesięcy, stał się taki sam, jak osoby pokroju Jordana czy Brocka. To było jego strategią. Stał się homofobem. Dbał tylko o to, co inni o nim myślą. Nie pozwalał na to, żeby go obrażano. Czynił to, używając przemocy i wulgarnych słów. Postawił się na szczycie łańcucha pokarmowego szkoły.
                Gdy wrócił do domu, jego rodziców znowu nie było. Mama pracowała, tata zresztą też. A przynajmniej taka wersja wydarzeń była oficjalna. Dennis rzucił plecak na łóżko. Spojrzał na swoje biurko i zauważył list od Katherine. Westchnął, po czym złapał za kopertę i wrzucił ją do szuflady. Po chwili położył się na ładnie pościelonym łożu i od razu sięgnął do kieszeni spodni po komórkę. Było tam pięć wiadomości od Jordana. Wszystkie wykasował, nawet nie czytając, co tam było napisane.

                Już prawie zasypiał. Nie przychodziło mu to łatwo. Właściwie to przypominało wewnętrzną wojnę między sumieniem a logiką, gdzie jedno bez przerwy oskarżało drugie. Przypominało mu to kłótnie jego rodziców. Właśnie sobie przypomniał, że w następny wtorek idzie do sądu, by specjaliści przeprowadzili na nim badania. Miały one posłużyć temu, by sąd mógł zdecydować, do którego z rodziców Dennis zostanie przydzielony. Przydzielony… A to dobre słowo.
                Nagle usłyszał, jak jego telefon wibruje na biurku. Kolejna wiadomość od Jordana. Zapewne zawierała groźby. Dennis mógł pójść z nimi do rodziców, ci skierowaliby to do władz szkoły i sprawa potoczyłaby się dalej. Jednak wtedy wyszedłby na kogoś, kim próbował nie być. Prawda była taka, że udawało mu się to tylko w szkole. Gdy zostawał wystawiony na ciemność własnego pokoju, będącą najlepszym środowiskiem myśli, prawdziwy Dennis płakał, zaciskając swe drobne pięści.
                Tak było i tym razem. Mógł kasować wiadomości, ale wiedział, co się w nich kryje. Przekaz był prosty: „chcę, byś zdechł”.
                Dennis podskoczył, gdy coś uderzyło w jego okno. Wyjrzał spod kołdry i zauważył, że jego okno pękło i spoczywa teraz na nim pajęczynka. Po chwili uderzył w nie kolejny kamień i Dennis usłyszał:
                - Zabiję cię! Słyszysz?! Zabiję cię! To wszystko przez ciebie!
                Dennis powoli wstał z łóżka i zajrzał przez okno, stojąc jednak w bezpiecznej odległości od niego. Zauważył przed swoim domem Jordana. Przez ciemność nocy Puchonowi ciężko było dostrzec twarz dzieciaka, jednak mógł przysiąc, że ten płacze.
                Dennis już nie wytrzymał. Był sam w domu. Znowu potrzebował swoich rodziców, a ich po prostu nie było. Nie było nikogo. Rzucił z całej siły krzesłem o podłogę i padł na kolana. Płakał, trzymając się za włosy. Chciał pomóc Jordanowi. Chciał pomóc Jordanowi w spełnieniu jego celu. Na chwiejnych nogach wstał i podszedł do szafy. W środka znajdowała się miotła do latania. Patrzył na nią przez chwilę. Gdy wyciągnął ją ze środka, srebrne światło księżyca oświetliło nazwę modelu: „Kometa 310”.
                W jednej chwili okno pękło i wyleciał przez nie Dennis, na miotle, kierując się w stronę Hogwartu…