PROLOG
Nastał ten okropny dzień. Był ciepły, letni wieczór, gdy piętnastoletni chłopak przemierzał równo skoszony trawnik. Sąsiedzi mogliby pomyśleć, że zielone pole po dwóch stronach brukowanego chodnika to zasługa pracowitego ogrodnika, który jak od linijki starannie strzygł zielone źdźbła. Prawda była jednak inna, lecz nikt z sąsiadujących domów nie mógł się o tym dowiedzieć. Chłopak ciągnął za sobą ciężki, wielki kufer. Na jego przystojnej twarzy widniał teraz grymas. Nienawidził tego dnia. Nienawidził go z całego serca. W czasie, gdy miliony innych uczniów na prawie całym świecie świętowało ostatni dzień szkoły, Selwyn czuł się tak, jakby ktoś wyrwał mu cząstkę duszy. Gdy doszedł do wielkich drzwi poczuł chłód panujący we wnętrzu. I bynajmniej nie był to chłód murów, lecz skwapliwie pielęgnowana pustka.
Selwyn położył dłoń na klamce, westchnął i otworzył drzwi. W środku panował półmrok. Przed nim ciągnął się długi korytarz. Po prawej stronie widniał ogromny łuk, który ukazywał bogaty i elegancki salon. Pomieszczenie chociaż tak piękne, było całkowicie zimne. Zielone szmaragdowe kanapy, ogromny, bogato zdobiony i dawno nieużywany kominek oraz długi, drewniany stół z krzesłami. To wszystko dawało obraz surowości. Selwyn wdrapał się na schody, które były na korytarzu po lewej stronie i wszedł do swojego pokoju. Tutaj mógł odetchnąć. Pomieszczenie było duże. Na środku stało ogromne łóżko z ciemnego drewna i pościel w barwach Slytherinu. Na półce ściennej stały fotografie jego siostry, Wandy. Na innym zdjęciu dziewczyna stała w towarzystwie swojego chłopaka, Johna. Największe zdjęcie przedstawiało Selwyna wraz z wysokim chłopakiem o średniej długości blond włosach. Był to jego przyjaciel ze szkoły, Malcolm.
Po wejściu chłopak przeszedł przez pokój i podszedł do wielkiego, rzeźbionego biurka, na którym leżała jeszcze nie dokończona rzeźba niewielkiego, białego smoka. Selwyn pochylił się otwierając okno. Pewien blask oślepił go, więc spojrzał w tamtym kierunku. Przed ogrodzeniem wielkiego ogrodu państwa Templerów stała dziewczyna o długich, prostych blond włosach sięgających jej do pasa. Jej smukłe ciało ubrane było w niebieską, zwiewną sukienkę. Zegarek, który miała na ręku odbijał światło zachodzącego słońca. Stała na palcach, patrząc na coś przez płot. Selwyn spojrzał w kierunku jej wzroku i dostrzegł w swoim ogrodzie białego kota bawiącego się na idealnie wystrzyżonym trawniku. Chłopak wiedział, że gdy jego ojciec się o tym dowie, strasznie się wścieknie. Nie myśląc dłużej, Selwyn zbiegł po schodach i wyszedł na powietrze zmierzając ku zwierzęciu. Gdy dziewczyna to zauważyła uśmiechnęła się do niego i pomachała.
–– Hej! Mógłbyś ją mi podać? Przepraszam, że niszczy wasz trawnik, ale w ogóle mnie nie słucha. Dziewczyna miała piękny uśmiech, który sprawił, że chłopak również musiał się uśmiechnąć. Wziął kotkę na ręce i podszedł do dziewczyny.
–– Nie ma sprawy - Podał jej zwierzaka, patrząc ciągle na dziewczynę –– Nie widziałem cię tu wcześniej –– Odparł z uśmiechem. — Dziewczyna wzięła białą kulkę i głaszcząc ją odpowiedziała
–– Dopiero się przeprowadziliśmy. Jestem Sara –– Podała mu rękę z oszałamiającym uśmiechem. Selwyn ujął jej delikatną dłoń.
–– Czy… Czy ja cie wcześniej gdzieś nie widziałem? –– zapytał zaintrygowany, a Sara roześmiała się.
–– Tak zaczynasz swoją gadkę na podryw ? –– spytała z uśmiechem i roześmiała się, widząc jego minę –– Żartuję. — Selwyn nie wiedział jeszcze, że to niewinne spotkanie na zawsze zmieni jego życie