rok 1988
Od
ścian odbijały się wysokie dźwięki dziewczęcego głosu, słowa utworu „Don’t You”
zespołu Simple Minds. Łazienka dziewczyn zamieniła się w scenę gwiazd popu,
świątynię muzyki, której główną bohaterką była ona – smukła dziewczyna,
piętnaście lat, Puchonka, właśnie nachylająca się nad umywalką, do lustra, z
różdżką jeżdżącą po ustach.
-
Pięknie, laska – powiedziała do siebie, uśmiechając się do swojego odbicia i
zasysając usta, by szminka równomiernie się po nich rozprowadziła. – Zaklęcie
Szminki… Powinnam to opatentować.
Odkręciła
kran i umyła pod nim końcówkę różdżki, przez co zabarwiona karminem woda
spłynęła do rur. Wytarła różdżkę o kawałek dżinsowej kamizelki i schowała do
kieszeni długich, dżinsowych, ciasno przylegających do nóg spodni. Miała też na
sobie czarną koszulkę i czerwone, wysokie buty. Jej długie, brązowe włosy
bujały się na boki, gdy ta kierowała swe kroki ku wyjściu z łazienki. Jej
azjatycka uroda krzyczała aż z Filipin, przypominając, skąd takie piękno
pochodzi. Alma, bo tak było jej imię, wiedziała o tym i wykorzystywała to.
Wiedzieli o tym jeszcze inni…
- O proszę,
przecież to nasza gwiazda-rozgwiazda Alma – rzuciła na powitanie ogromna dziewczyna.
Ogromna pod każdym względem: wzrostu, wysokości i przede wszystkim grubości. Z
głowy zwisały jej roztrzepane, brązowe włosy, a pod nosem zdawała się mieć coś,
co wyglądało jak wąsy dorastającego chłopczyka. Obok niej stało trochę niższe,
lecz równie kuliste dziewczę z czarnymi włosami przypominającymi hełm. Obie
były ze Slytherinu i chodziły w swoich, gdzieniegdzie podartych czy brudnych,
mundurkach.
-
Śmierdząca Beca i jej koleżanka, której imienia nawet nie pamiętam –
odpowiedziała Alma, która przeniosła ciężar na jedną nogę oraz położyła rękę na
biodrze, uśmiechając się do czarownic.
-
Esmeralda - przedstawiła się ta niższa, po czym ta wyższa podeszła do Puchonki
i złapała ją za kołnierz kurtki.
- Coś
ty powiedziała, smarkulo?
- Masz
coś na czole – odpowiedziała Alma i gdy Beca zrobiła zeza, by dostrzec, co
takiego mieści się na jej twarzy, nadepnęła jej z całej siły na nogę. Ślizgonka
zawyła i zaczęła skakać na jednej stopie, trzymając się za drugą, przez co
puściła uczennicę.
Alma
wyminęła je i popędziła do wyjścia, śmiejąc się po drodze. Szybko zamknęła za
sobą drzwi i dalej biegła przed siebie, korytarzami, na próbę chóru.
-
C-c-co zrobiłaś? – zapytał nieco niższy od niej chłopiec z krótkimi, kręconymi,
jasnymi blond włosami.
Oto
Charlie, Puchon z roku Almy. Razem z nią był w chórze, razem z nią był ubrany w
długie, błękitne szaty, będące w tamtym czasie mundurkami Żabiego Chóru, i
razem z nią… właściwie robił prawie wszystko: plotkował, jadł, chodził,
śpiewał, uczył się. Był dla dziewczyny najlepszym przyjacielem.
-
Słuchaj, wiem, że jestem w Hufflepuff… –
mówiła Alma, machając jedną ręką na prawo i lewo i tak samo wywracając oczami -
…i że powinnam być miła, ale wiesz co? – Dźgnęła go palcem w środek klatki
piersiowej. – Prawdziwy Puchon jest również sprawiedliwy. To wymierzyłam im
sprawiedliwość. – Puściła przyjacielowi oczko i uśmiechnęła się lekko.
Wtedy,
przez ramię Charliego, zauważyła, że do sali prób wszedł ktoś jeszcze. Jej usta
automatycznie opadły, a serce zabiło mocniej. Gdyby nie kolega Puchon, to by
zsunęła się z podestu i odleciała do wyimaginowanej krainy miłości.
- Robbie…
- westchnęła z zachwytu. Kilka innych koleżanek również przeżywało przybycie o
dwa lata starszego Krukona.
-
R-robbie… - powtórzył Charlie, ale z już o wiele mniejszą sympatią.
Był to
przystojny chłopiec o wyraźnych policzkach i długich, prostych blond włosach do
ramion. Po drodze założył szatę chóru, by przypasować się do reszty śpiewającej
drużyny.
-
I-i-ile czek-koladek z-z e-eliksirem mi-miłosnym na niego-go z-zużyłaś? –
zapytał Puchon.
- Z
dwadzieścia – odpowiedziała Alma z rozpływającymi się w oczach emocjami.
- To
cze-cze-czemu nadal nie działa?
- Bo
wszystkie zjadłam.
Przyszła
pora lunchu. Zaraz po nim miał się odbyć występ Żabiego Chóru, którego Alma,
Charlie i Robbie tworzyli część. Teraz dwójka przyjaciół-Puchonów siedziała
przy swoim stole, żywiąc się przed walentynkowym występem.
- Alma…
- odezwał się za plecami dziewczyny jakiś chłopiec. Gdy czarownica się
odwróciła, z łyżką zupy włożoną do buzi, zauważyła o rok młodszego Krukona z
czerwoną różą wyciągniętą do śpiewaczki.
Oto
Clark, jeden z wielbicieli Almy.
- Odsuń
się! - rzucił jakiś głos, którego właściciel zaraz popchnął Clarka na bok.
Właścicielem tego głosu był Gryfon z czwartego roku, z klasy Almy. Oto on, David,
z pudełkiem czekoladek w dłoniach. – Proszę, Alma, to dla ciebie. Chciałem ci
powiedzieć, że…
- Alma!
- odezwał się kolejny głos, krzycząc już z daleka. Po chwili dwójka chłopaków
została odepchnięta na boki i Puchonce ukazał się Ślizgon, w koszulce z
wyrwanymi rękawami, przez co widać było jego umięśnione ręce. Jego rude,
potargane włosy opadały na ramiona tak samo jak pięść Beki, wkurzonej i zazdrosnej
prześladowczyni Almy, opadła z hukiem na stół.
- Nawet
Robert… - warknęła, patrząc z daleka na to, co się działo przy stole Puchonów.
– Idziemy tam.
-
Chłopaki… - Alma wstała od stołu, wrzucając łyżkę do miski. – Wystarczy mnie
dla każdego z was. – Zaśmiała się, podnosząc głowę do góry. Z powodu swoich
genów, pod wpływem śmiechu zanikały jej oczy.
Puchonka
zaczęła łazić między chłopakami, jeżdżąc dłonią po ich plecach i ramionach.
-
Z-zaczyna się… - skomentował zażenowany Charlie, łapiąc się za głowę.
Wtem
Alma zaczęła śpiewać, w trakcie lunchu, wśród wszystkich uczniów. Po twarzach
wielu obecnych widać było, że nie jest to nic nowego. Najbardziej zainteresowana
była jednak męska część szkoły oraz ci, którzy lubili odrobinę spontanicznej
zabawy.
- „Sweet
dreams are made of this…” - zaczęła śpiewać Alma, biorąc w rękę pudełko czekoladek
od Davida. Ucieszonego
chłopaka popchnął Ślizgon Robert. – „I travel the world and the seven seas… „
– Puchonka powąchała różę trzymaną przez Clarka, po czym podała Charliemu
pudełko czekoladek i kwiat. – Trzymaj, bo zaczynamy imprezę. – Znowu do niego
mrugnęła, jak to zrobiła podczas próby, i szybkim ruchem przystawiła do swoich
ust różdżkę, jakby trzymała mikrofon. – Włączać muzę! – Skierowała wskazujący
palec do góry i postawiła nogę na ławce.
Wtedy
jakaś grupka uczniów stojąca blisko stołu nauczycielskiego zaczęła grać. Mieli
przy sobie różne instrumenty. Była to grupa, która miała zapewnić podkład do
występu dla Żabiego Chóru. Alma,
śpiewając, musnęła po brodzie Clarka i nim zauważyła, leżał na ziemi, okładany
przez Roberta. Puchonka wskoczyła na stół i zaczęła tańczyć, zabawiając
czarownice i czarodziejów. Wiele osób klaskało, niektórzy śpiewali razem z nią.
Byli też i tacy, którzy tańczyli. Charlie natomiast biegał za swoją
przyjaciółką i, używając zaklęć, sprzątał bałagan wywoływany przez nogi Almy
skaczące wśród talerzy i kielichów. W pewnym momencie się zatrzymał i spojrzał
na śpiewającą czarownicę. Akurat udawała, że gra na gitarze elektrycznej,
kręcąc w pochyleniu swoimi długimi, pachnącymi bzem włosami. Gdy się
wyprostowała i zgarnęła grzywkę z oczu, Charlie dostrzegł jej uśmiech, który
spowodował, że mimo irytacji i tego, że musiał za nią sprzątać, kąciki jego ust
uniosły się lekko.
-
Spokój! – krzyczała McGonagall oddzielająca bijącą się teraz trójkę zakochanych
fanów Almy. – Minus dziesięć punktów dla każdego!
W tym
czasie Puchonka skończyła śpiewać i wykonała niski pokłon. To był koniec
mini-koncertu. Wielu uczniów zaklaskało. Do aplauzu dołączył również siedzący
przy stole Hagrid. Zaraz przy dziewczynie pojawiła się profesor Sprout, która
pomogła jej zejść ze stołu.
-
Dziewczyno, nie można tak się zachowywać.
- Oj
tam, pani profesor. – Alma machnęła ręką. Wejście w skórę i świat gwiazdy
muzyki dało jej tyle pozytywnej energii, że nawet reprymenda od nauczyciela nie
była w stanie tego zakłócić. – Zobaczy pani na ich radość. – Wskazała
zamaszystym ruchem na całą salę. – Czasami przyda się trochę zabawy.
-
Proszę iść się szykować – powiedziała stanowczo pani Sprout.
Alma się posłuchała i zaczęła iść w stronę wyjścia. Widząca
odchodzącą czarownicę nauczycielka Zielarstwa pokręciła głową.
Po
drodze doszedł do Puchonki Charlie. Minęli bójkę trójki chłopaków. Dziewczyna
jeszcze po drodze zgarnęła swój kielich i wypiła go do dna. Uśmiech nie
schodził z twarzy Almy, która jeszcze się odwróciła i posłała jej wielbicielom
niewidzialnego całusa.
Niedługo
później wszyscy uczniowie byli już najedzeni, ale na stołach dalej stały napoje
i słodycze. Przy ścianach wisiały różowe wstęgi, dodające romantycznego
klimatu. Największa część uwagi była jednak skupiona na Żabim Chórze stojącym
przed stołami uczniów. Wśród nich oczywiście byli Alma, Charlie i adorowany
przez energetyczną czarownicę Robbie. Z przodu stało kilku niższych śpiewaków,
którzy trzymali sporych rozmiarów ropuchy. Pewien wysoki chłopak z harfą
powtarzał sobie pod nosem nuty, które będzie musiał zagrać. Ich piosenka, którą
przygotowali, nazywała się „Magic, love magic”.
Alma
stała z tyłu grupy. Nie miała mikrofonu. Nie potrzebowała go. Jej głos był tak
silny, że naturalnie przebijała się przez resztę śpiewających. Jednak ze
względu na jej średni wzrost była niewidoczna. To wszystko było odpowiednio
zaplanowane.
- Ale
im… kwik! – wydało się nagle z jej ust, które szybko zakryła. Oczy prawie
wyszły jej na wierzch.
„Co się
dzieje” – pomyślała, i kiedy chciała coś powiedzieć, ponownie zabrzmiało
świńskie chrumknięcie. „Nie kontroluję tego!”.
Wtem
Alma usłyszała, jak cały chór oraz żaby zaczynają śpiewać, a kapela gra. Była
spanikowana. Nie wiedziała kompletnie, co robić. Próbowała przemówić, ale odzywał
się tylko zwierzęcy głos. Złapała się za włosy i wtedy usłyszała linijkę tekstu
z piosenki, która informowała, że to jej czas. Gdy powoli spojrzała w stronę
chóru, jej członkowie rozeszli się na dwie strony, by zrobić jej przejście na
przód śpiewających.
Alma
zrobiła dobrą minę do złej gry, założyła uśmiech, poprawiła włosy i pewnym
krokiem wyszła na przód. Gdy stanęła, przeniosła ciężar na jedno biodro i
złapała się jedną ręką za bok. Już nie mogła dłużej czekać. To był czas, kiedy
musiała zacząć śpiewać i… zaczęła kwikać i chrumkać. Coraz więcej uczniów
krzywiło się, patrząc to po sobie, to na Almę. Byli mocno zdziwieni z tego
powodu. Co chwilę wybuchały gdzieś śmiechy. Jednak pierwszy wybuch należał do…
„Śmierdząca
Beca…” – pomyślała rozgniewana Puchonka, zaciskając pięści. Po tym wróciła na
tył chóru, a ten instynktownie się za nią zamknął.
***
Alma i
Charlie siedzieli w Wielkiej Sali, przy stole Puchonów, i obserwowali Becę.
Razem ze swoją koleżanką Esmeraldą spożywały bardzo pożywny posiłek. Chociaż
lepiej będzie pasowała liczba mnoga – posiłki.
- Patrz
teraz – powiedziała do przyjaciela Alma, mrużąc oczy i uśmiechając się chytrze.
Po chwili od strony stołu Ślizgonów było słychać dwa
dziewczęce lecz męsko niskie głosy, które krzyczały wniebogłosy. Alma od razu
zaczęła się śmiać.
- A
macie za swoje! – krzyknęła z miejsca, wskazując palcem na dziewczyny, ale
przez hałas Ślizgonki nie były w stanie jej usłyszeć.
-
C-c-co im zrobiłaś? – zapytał Charlie, patrząc ze strachem na to, co się
działo.
-
Przyjrzyj się im – poleciła z nieskrywaną radością „sprawiedliwa Puchonka”. –
Poczęstowałam ich eliksirem mojego przepisu.
Zaraz
wszystko stało się jasne. Skóra wrednych dziewczyn powoli pokrywała się śluzem
i zmieniała barwę na ciemniejszą. Ich palce znikały i zamiast nich pojawiały
się blade ssawki. Kilka minut później były już grubymi, ogromnymi ślimakami, z
czułkami latającymi we wszystkie strony, jakby wołały o pomoc. Niestety dla
nich, cały stół Slytherinu zanosił się śmiechem.
Siedzący
przy swoim stole Robbie odwracał się w stronę chaosu, po czym spojrzał na Almę.
Posłał jej tylko lekki uśmieszek, a ta jakby straciła czucie w całym swoim
ciele i zsunęła się pod stół, wywracając oczy do góry i wydając z miłosnego
zachwytu: „Ooo…”.
***
-
Puszczajcie mnie! – krzyczała Alma, gdy Beca i Esmeralda wpychały ją do
kantorku.
Gdy ją zamknęły w absolutnej ciemności, wśród gratów i
szafek, Puchonka zaczęła przeklinać swoje koleżanki. Za drzwiami słyszała ich
oddalający się śmiech. Spróbowała otworzyć drzwi, ciągnąc za klamkę, ale nic to
nie dawało. W końcu wyciągnęła różdżkę i wycelowała w zamek.
- Aloho… - Nie dokończyła zaklęcia,
ponieważ przeszył ją dreszcz. Stanęła jak wryta. Do jej uszu dotarł cichy,
kobiecy śpiew. Gdy się odwróciła, zobaczyła świetlistą postać.
Przed nią, wśród ciemności, znajdował się duch grubej
kobiety, bez oczu, śpiewającej smutne, operowe piosenki. Istota wyciągnęła ręce
do Almy, a dziewczyna zaczęła krzyczeć.
Wtedy drzwi się otworzyły i do środka wlało się światło.
- Riddikulus! – rozległ się męski głos i
postać operowej śpiewaczki zamieniła się nagle w wielki pączek śpiewający
piosenki dla dzieci.
Alma
odetchnęła z ulgą i zaczęła się śmiać, razem z Robbiem, obiektem jej westchnień
i wybawicielem.
- Ty
mój bohaterze – zwróciła się do niego, a bogin za jej plecami pękł i zniknął.
-
Ostatnio po Hogwarcie kręci się dużo tych stworzeń.
Robbie
podał jej dłoń. Ona ją przyjęła i po chwili znajdowała się na tyle blisko Krukona,
że nie było przeszkody, by ten obdarował ją skromnym pocałunkiem w usta.
Na
końcu korytarza stał Charlie. Szok i rozczarowanie wymalowały się na jego
twarzy w tak szybki i wyraźny sposób, jak zadowolenie młodej Almy.
rok 1997
Alma
siedziała w ciemnym pomieszczeniu oświetlanym jedynie przez kilka świec. Już
jako kobieta, znajdowała się we własnym pokoju, gdzieś na obrzeżach Londynu.
Było w nim przytulnie. Na prawie każdej półce znajdowało się ruchome zdjęcie
zrobione w różnym miejscu świata i z różnymi ludźmi. Na jednym tańczyła i
robiła głupie miny w towarzystwie jakichś czarnoskórych dzikusów. Na jeszcze
innym śpiewała na scenie, radosna, z ręką wyciągniętą w górę i ciałem lekko
odchylonym do tyłu. A na jeszcze innym otrzymywała nagrodę za osiągnięcia w
dziedzinie eliksirów.
Teraz
pochylała się nad flakonikiem, do którego pipetą dodawała kropelkę jakiegoś
płynu. Wokół siebie miała pełno misek, słoików z ingredientami i globus, który
przedstawiał aktualny wygląd planety widzianej z kosmosu. Za oknem była już noc
i tylko księżyc jej towarzyszył w tej żmudnej pracy, która jednak tak bardzo ją
uspokajała. Dziewczyna poprawiła włosy, przenosząc je za ucho, i dodała kroplę
płynu, który zmienił kolor mikstury w fiolce z czerwonego na błękitny.
- No,
no, laska, chyba ci się udało – rzuciła pod nosem Alma.
- A co
ci się udało?
W
drzwiach pojawił się wysoki, przystojny mężczyzna. Blondyn o włosach prostych,
do ramion, z kilkudniowym zarostem. Ręce miał założone na klatce piersiowej i,
opierając się o framugę, patrzył z lekkim uśmiechem na swoją ukochaną.
-
Robbie – zaczęła, jakby chciała mu
przedstawić wynalazek, który zbawi lub zniszczy świat. Uśmiechnęła się,
przekręcając się na krześle, by być twarzą do wychowanka Ravenlaw. Podniosła
eliksir do poziomu swoich oczu i pomachała nim delikatnie. – To rozwiąże
problem czyszczenia kotłów. Nie dość, że niweluje działanie eliksirów, to
jeszcze działa czyszcząco.
Robbie
podszedł do Almy i nachylił się nad nią, opierając się jedną ręką o swoje
kolano, by przejechać kciukiem po policzku dziewczyny. Przez cały czas się
uśmiechał, jednak w tym momencie spoważniał.
-
Przepraszam, ale muszę wyjechać.
-
Znowu? – Załamała się Alma i włożyła eliksir do stojaka. – I kiedy wrócisz?
Chciałam, żebyś postał jutro w sklepie, żebym mogła zrobić więcej eliksiru…
- Wrócę
jutro – przerwał jej Robbie, wyprostowując się. – Obiecuję.
- Obiecanki-cacanki.
Strzelę cię w tę potylicę, to może odechce ci się wyjazdów.
Robbie
się nie kłócił. Alma dobrze rozumiała, że te jego „wyjazdy” były w dużej części
jego własną wolą, chęcią spełniania się w zawodzie. Ta żartobliwa groźba
wywołała uśmiech na twarzy mężczyzny.
-
Poproś Charliego, żeby za ciebie stanął.
- Co „ja”?
I tym
razem w drzwiach pojawił się szczupły mężczyzna, bez zarostu, z krótkimi blond
loczkami. Owszem, to był Charlie. Przyjaciel Almy, który wraz z nią i jej
chłopakiem mieszkał w jednym domu oraz prowadził sklep z eliksirami. Od czasu
szkoły prawie się nie zmienił. Była Puchonka cały czas mogła na niego liczyć.
Stosował się on do wszystkich jej zaleceń, nawet tych niewypowiedzianych.
Jedyne, co się w nim zmieniło, to budowa ciała.
Robbie
obejrzał się na dwudziestoczteroletniego chłopaka.
- Alma
cię prosi, żebyś stanął za nią jutro w sklepie.
- D-dobrze,
zrobię to. – Nie wiedząc czemu, Charlie wbił podejrzliwy wzrok w starszego o
dwa lata mężczyznę i wrócił do salonu.
-
Zrobione – stwierdził zadowolony Robbie.
***
Alma
złapała odważnie za swoją jarzębinową, cienką i miejscami powyginaną niczym
gałąź różdżkę, po czym wykonała nad niewielkim flakonikiem ruch w kształcie
ósemki i wypowiedziała:
- Felixempra!
Naczynie
w kształcie łzy zmieniło kolor na złoty, a na jego powierzchni zaczęły skakać
krople, przypominając bawiącą się nad taflą ławicę ryb. Szczęście na twarzy
Almy tak się rozprzestrzeniało, że w pewnym momencie nie wytrzymała i pobiegła
do salonu, po drodze zwalając wazon. W tym natłoku pozytywnych wrażeń wróciła
po niego, schyliła się po leżący wśród ziemi i kawałków ceramiki Asfodelus i
położyła go z powrotem na komodzie, zostawiając cały bałagan na ziemi.
- Udało
się! – krzyknęła, wbiegając do salonu.
Na
zewnątrz było jasno. Promienie słońca wpadały do środka, jakby były zwiastunem
i następstwem sukcesu Almy. Gdy czarownica przybyła do salonu, Charlie obierał
ziemniaki za pomocą specjalnie przeznaczonego do tego zaklęcia, a Robbie pisał
jakiś list. Oboje oderwali się od swoich zajęć i również oni powoli dołączali
do radowania się z wyczynu swojej współlokatorki.
Dumny z przyjaciółki Charlie już chciał podejść, by ją
przytulić, jednak wyprzedził go Robbie, przez co chłopak trochę ochłonął i dał
się nacieszyć parze sukcesem.
-
Jestem z ciebie taki dumny! – zawołał ukochany dziewczyny, po czym pocałował ją
w czoło.
Alma wpatrywała się w niego swoimi błyszczącymi oczami.
Widział w nich miłość, radość i nadzieję na o wiele lepsze jutro…
***
-
Wróciłam! – zawiadomiła wszystkich Alma, wchodząc do domu. Po zamknięciu drzwi,
odwiesiła kurtkę i położyła torebkę na ziemi. – Nawet nie wiesz, ilu miałam
dzisiaj klientów. – Chwaliła się, ściągając buty. – Słyszysz?
Alma,
wracając z pracy, miała nadzieję spotkać swojego ukochanego. Chciała się
pochwalić sukcesem, ale nie było w domu nikogo, by mogła to zrobić. Charlie w
tym czasie szedł po schodach z kartonem pełnym składników do eliksirów, więc
jego nieobecność była normalna, jednak brak Robbie’ego…
-
Robbie? – zawołała ponownie, zapalając za pomocą magii wszystkie światła w
domu. Wtedy coś ją podkusiło, by sprawdzić swój pokój, swoją pracownię, swój
magazyn.
Gdy weszła tam, od razu zauważyła brak jednej najcenniejszej
rzeczy – eliksiru Felix Felicis. Wtem usłyszała, jak ktoś wchodzi do
mieszkania. Szybko znalazła się w korytarzu, jednak był to po prostu Charlie,
który wyglądał na zdezorientowanego.
- To-to
tylko ja – uspokoił ją, widząc, że dziewczyna jest zszokowana. Po tym odłożył
ciężki karton i przetarł czoło.
- Dalej
ćwiczysz swoje muły? – zapytała, patrząc dookoła siebie, jakby czegoś szukała.
Charlie na to nie odpowiedział.
- Cz-czego
szukasz?
- Felix
Felicis… - Jedną dłoń położyła na głowie, a drugą na biodrze. – Nigdzie nie
mogę go znaleźć.
- O
nie…
-
Charlie…?
- Wszy-wszy-wszystko
ci wy-wyjaśnię na miejscu. – Mężczyzna złapał za proszek fiu i skierował się do
kominka.
Oboje
wyszli z zielonego płomienia wprost do wielkiego salonu, którego sufit był
podtrzymywany przez kolumny. Na zewnątrz padał śnieg i było ciemno. Szron
powoli pochłaniał okna, tak samo jak robił to z sercem Almy. Dziewczyna
wywnioskowała, że znajdują się w czyimś, całkiem mrocznym, pałacu. Ta nieprzyjazna
atmosfera kapiąca ze ścian oraz czasy, w których przyszło jej żyć, sprawiły, że
instynktownie wyjęła różdżkę.
- Ro-ro-robbie
ostatnio często z-znikał – zaczął tłumaczyć Charlie. – Raz sły-słyszałem, jak
wy-wymawia na-na-nazwę ulicy tego domu. Nie zauważy-ży-żyłaś, Alma? Pisał do
dzi-dzi-dziwnych nazwisk. Listy były zaadresowane tu-tutaj. – Chłopak rozglądał
się po otoczeniu z różdżką w dłoni.
Nagle w dużych, drewnianych drzwiach naprzeciwko Puchonów
pojawiła się dwójka szemrano wyglądających mężczyzn. Patrzyli na siebie, śmiali
się i radośnie o czymś dyskutowali. Gdy tylko dostrzegli intruzów, również
wyciągnęli różdżki i bez pytania zaczęli posyłać zaklęcia.
- Protego! – Odbił je Charlie, podczas gdy
Alma była jeszcze sparaliżowana. – U-uciekaj, Alma!
Dziewczyna,
całkowicie zdruzgotana, rzuciła się do bocznego wyjścia z pokoju. Schowała się
od razu za drzwiami. Oddychała szybko, głęboko, patrząc błagalnie w górę. W
pewnym momencie przygryzła wargę, podniosła różdżkę i ruszyła przed siebie.
Szła długim korytarzem, wzdłuż którego wisiały przeróżne zdjęcia ubranych na
czarno ludzi.
- Suspensorius. – Wypowiedziała nazwę
zaklęcia, przystawiając różdżkę do swojego ucha. Na moment zatrzymała się i
zamknęła oczy. Jej słuch sięgał coraz dalej. Wtedy usłyszała cichy głos
Robbiego. Gdzieś przed nią. Zacisnęła pięści, nabrała odwagi i poszła do
przodu, pokonując kolejne pomieszczenia, nie bacząc na nic, idąc jak fala.
Gdy
weszła do kolejnej sali, na planie koła, z kominkiem po drugiej stronie,
zauważyła stojącego przed ogniem Robbiego. Stał dumnie wyprostowany, z rękami
trzymanymi z tyłu, odwrócony plecami do Almy. Dziewczyna zauważyła, że przy
jego pasie wisi fiolka Felix Felicis. Czarownica, dobrze wiedząc, co robi,
wycelowała różdżką w ukochanego.
-
Oszukałeś mnie.
Robbie
powoli się odwrócił. Już nie było w jego oczach, na jego twarzy, w jego
postawie tej samej osoby. Jakby ktoś zdjął z niego maskę, pelerynę, zasłonę,
które miały udawać kogoś, kim nie jest.
- Nie,
Almo… - mówił spokojnym, szarmanckim i uwodzicielskim głosem. – Oszukiwałem
cię. Oszukiwałem cały czas.
W
kobietę uderzyło to jak zaklęcie. Łzy zaczęły się wylewać z jej oczu, a ona
stała z drżącą ręką, z różdżką skierowaną na, już dawnego, przyjaciela.
-
Wytłumacz mi to – odezwała się błagalnie. – Dlaczego? Robbie, wracajmy do domu.
Co tu robisz? – Rozłożyła ręce.
Zadała
to pytanie, jednak znała odpowiedź. Żyli w czasach Drugiej Wojny Czarodziejów.
Tutaj intencja była tylko jedna.
-
Mroczny Pan mnie nagrodzi, Almo – nie przestawał ze swoim spokojnym tonem
głosu. Ręce cały czas trzymał za plecami. – On ich przywróci do życia,
rozumiesz? Wszystko będzie tak, jak miało być!
- O
czym ty mówisz? – zawodziła dziewczyna. – Robbie, to był wypadek. Nie zrobili
tego…
- Cicho
siedź, jędzo! – Wskazał na nią różdżką, a Alma podskoczyła, jakby czymś ją porażono.
– Nie mogłem już patrzeć, jak obcujesz z tymi mugolami. Jak bronisz ich za
każdym razem, kiedy coś o nich mówiłem. – Hamulce mężczyzny puściły i jego
złość zaczęła się wylewać strumieniami. Alma mogła przysiąc, że jego oczy robią
się szkliste. – Śmierciożercy tu przylecą po eliksir. Możesz do mnie dołączyć,
Almo. Będziesz miała wszystko! Wspaniałą pracownię, wszystkie składniki,
cokolwiek zechcesz! Mroczny Pan ci to da!
- Drętwota! – Alma rzuciła zaklęcie, by
zakończyć to gadanie. Zrobiła to impulsywnie. Nie wiedziała, co robi. Zdziwiło
to jednak Robbiego, co było widać po jego twarzy. Zaklęcie odbił machnięciem
różdżki, przez co zabłysła przed nim energia w kształcie kulistej tarczy.
-
Zawiodłem się na tobie, Almo… Depulso!
– Mężczyzna wypuścił zaklęcie.
Alma
zasłoniła się przed nim podobnie, jak Robbie wcześniej. Po tym zaczęła się
wymiana ciosów. Błyskawice i energie wystrzeliwane z różdżek mieniły się
kolorami i uderzały raz po raz w tarcze przeciwnika. Co chwilę obrywała jakaś
część budynku, tworząc w podłodze, suficie i ścianach rysy, wgniecenia i
pęknięcia.
Alma
zaczęła biegać i schylać się, by unikać zaklęć, w tym samym czasie posyłając
odwetowe ataki. Robbie stał w miejscu, przed kominkiem, i atakował. To był
czas, gdy na miejscu pojawił się Charlie. Nie zdziwiła go ta scena. Wbiegając
do drzwi, od razu wycelował różdżką w swojego dawnego przyjaciela.
Teraz
zaczęła się walka dwóch na jednego. Robbie powoli tracił przewagę. Wtedy, gdy
za pomocą zaklęcia Protego Maxima
stworzył wokół siebie silną barierę, przez którą próbowała się przebić dwójka
byłych Puchonów, on złapał za flakonik Felix Felicis i wziął kilka dużych
łyków. Był wielce zadowolony, patrząc na w połowie opróżnione naczynie.
Przywiązał je z powrotem do pasa i stanął twarzą w twarz z dwójką czarodziejów,
którzy zdążyli przebić się przez jego magiczną obronę.
- Expelliar… - Charlie chciał obezwładnić
Robbiego, jednak nie zdążył.
- …Carpe Retractum!
Świetlisty
sznur pociągnięty z różdżki Robbiego owinął nadgarstek Charliego i posłał go na
ścianę. Przyjaciel Almy uderzył z taką siłą, że słychać było pęknięcie kości.
Niestety dziewczyna nie mogła się lepiej przyjrzeć temu, co się stało
chłopakowi, ponieważ po chwili zaczęły lecieć w nią kolejne zaklęcia.
Walka
toczyła się kolejne kilka minut. Wymiana ciosów, raz po raz. Widać jednak było
przewagę Robbiego. Każdy urok odbijał w sposób perfekcyjny. Wiele z nich nawet
wracało do Almy, która już ledwo stała na nogach.
To był
moment, kiedy wszystko się zatrzymało. Obraz widziany oczami Almy się zmienił.
Już nie widziała stojącego na wprost niej czarnoksiężnika ubiegającego się o
względy Mrocznego Pana, tylko młodego chłopaka, przystojnego i mądrego, jej
wybawiciela i obiekt westchnień. Uśmiechniętego w sposób szarmancki, otulonego
słońcem, stojącego po środku jasnego korytarza Hogwartu. Takim chciała go
pamiętać. Powoli podniosła różdżkę, rozmywając miraż, jednak przeciwnik był
szybszy.
-
Byłaś… zabawna, Almo. – Po tych słowach zobaczyła, jak w jej stronę leci fala purpurowej
energii.
- Vocusego! – Usłyszała Alma, gdy coś z
boku nią szarpnęło. Po chwili pochłonęło ją błękitne światło i znalazła się pod
ścianą. Gdy otworzyła oczy, zauważyła, jak fioletowy żar przeszywa ciało
Charliego.
Ubrania
chłopaka zostały spopielone. Tak samo jego skóra i część narządów. Gdy zaklęcie
przechodziło przez niego, ciało miał spięte i jakby napinane przez elektryczne
wstrząsy. Tęczówki chowały mu się do góry, pozostawiając widoczne jedynie
białka oczu. Po chwili padł na ziemię.
-
CHARLIE! – Alma szybko wstała, by podbiec do przyjaciela, jednak zatrzymał ją
głos mężczyzny i widok wycelowanej w nią różdżki.
- Stój
– ostrzegł Robbie.
- Ty
łajdaku! – Krzyczała z taką siłą, że jej głos nabrał rozdrapanej barwy. Robbie jedynie uśmiechnął się lekko, w szarmancki, spokojny sposób.
Jednak zaraz na jego twarzy zawitało zdziwienie. Jakby sobie
o czymś przypomniał. Od razu po tym z jego dłoni wyleciała różdżka, a on upadł
na kolana.
- Co…
Co jest…?
Alma
powoli wstała, ze łzami kapiącymi z jej twarzy.
-
Dobrze wiem „co”. – Podniosła na niego różdżkę, stojąc obok spopielonego
przyjaciela. – Felix Felicis. Zachłysnąłeś się tym.
- Co…?
-
Przedawkowałeś. – Po tych słowach z nosa Robbiego pociekła krew, którą próbował
zbierać dłońmi. - Żegnaj… Vad Infer!
– Rzuciła zaklęcie, które sprawiło, że płomień z kominka wyskoczył niczym
ognisty język i pochłonął Śmierciożercę. Patrząc ze łzami na to, jak ciało jej
ukochanego płonie i krzyczy, dodała jeszcze jedno zaklęcie, by zmniejszyć ból.
– Drętwota.
Ciało
Robbiego upadło na twarz. Jeszcze się paliło, ale już dawno nie było w nim
życia. Było to zasługą nie ognia, lecz eliksiru, który zabił od środka. Alma
uklękła przy Charlie’m i zaczęła go oglądać. Jego skóra była cała czerwona i
stopiona, miejscami aż czarna, ale oddychał, żył, skomlał…
-
A-alma…
-
Charlie… - Chciała go pogłaskać po policzku, ale bała się, że to sprawi mu ból.
Wtedy coś do niej dotarło.
Dziewczyna
spojrzała na ciało Robbiego i wycelowała w jego kierunku różdżką.
- Accio Felix Felicis! – I w jej dłoni
wylądował flakonik z połową zawartości. Sznurek się spalił, więc eliksir nie
miał problemów z przyleceniem do niej. Wyjęła korek i nalała kilka kropel do
ust przyjaciela, który miał problem z przełknięciem wywaru. – Trzymaj się,
Charlie.
-
Wiesz… - dyszał chłopak, którego mimika twarzy była ciężka do rozpoznania.
Mieszała się między uśmiechem a bólem. – Zaw… zaw… zawsze… cię kochałem.
- Och,
Charlie Ocampo… - Uśmiechnęła się przez łzy.
To był
moment, kiedy okna salonu się rozbiły i do środka wleciały obłoki srebrnego,
świetlistego dymu, które po chwili zmaterializowały się w ciała czarodziejów i
czarownic. Jedna z nich, czarnoskóra kobieta w długiej, śnieżnobiałej szacie i
turbanie, podeszła do Almy i Charliego.
-
Pomożemy wam.
rok 2020
- To
koniec opowieści, baranki – oznajmiła Alma siedząca na biurku jednego z
uczniów, w sali Eliksirów.
Wiele
osób było z tego powodu zawiedzionych, co dało znać jękami. Niektórzy chcieli
słuchać dalej, bo lubili opowieści, niektórzy chcieli się dowiedzieć jakichś
szczegółów, a jeszcze inni po prostu nie chcieli, by lekcja była poddana
kontynuacji. Woleli słuchać jakichś bajek czy opowiadań starej baby od
Eliksirów, niż mieszać w kotłach i bawić się z tym całym, wybuchowym syfem.
-
Obudźcie tego koteczka. – Wskazała na śpiącego i śliniącego się Gryfona. – Bo
zaraz… -Nie zdążyła dokończyć, gdy zabił dzwonek.
Uczniowie
zaczęli się wylewać z sali, a Alma co chwilę odpowiadała im: „Do widzenia!”. Na
końcu, gdy została sama, uśmiechnęła się lekko i złapała za naszyjnik wiszący
na jej szyi. Była to fiolka po Felix Felicis, pusta.
- To
ludzie dają nam szczęście, nie magia – powiedziała pod nosem, obracając w
palcach flakonik i przyglądając się mu, po czym spojrzała na bok, na swoje
biurko, gdzie stało zdjęcie jej i mężczyzny z oparzeniami skóry, bez włosów.
Razem.
Szczęśliwi.